Mulhacèn - 3479m npm

 

Najwyższy szczyt Hiszpanii Mulhacèn 3479m położony jest w paśmie Sierra Nevada na południu Hiszpanii pobliżu wsi Capileira. Na szczycie jest kapliczka umiejscowiona w niewielkiej grocie a na niej stoi słupek.


17.03.2015 Olsztyn/Sopot (Polska) – Malaga (Hiszpania)

Wspólną wyprawę na najwyższy szczyt Hiszpanii Mulhacèn rozpoczynamy w Warszawie. Do Warszawy dojeżdżamy autobusami PolskiBus z Sopotu (8:30) i z Olsztyna (10:00). Spotkamy się w Warszawie Młociny. Przybyłem na dworzec w Olsztynie nieco przed odjazdem, chcąc w wolnym czasie kupić książkę do poczytania w podróży, wybór padł na powieść „Prawnik" J. Grishama, dobry wybór. Przy przystanku oczekiwała na klientów Pani z obsługi PolskiBus wskazując miejsce odjazdu, aby uniknąć pomyłek z powodu przeprowadzanej tutaj budowy linii tramwajowych. Odjechaliśmy punktualnie, a podróż przebiegła spokojnie w duchu literatury prawniczej. Na miejscu w Warszawie po około 15 min. dojechał swoim kursem brat z Sopotu. Razem z równie wielkimi workami Cross, po 80l każdy, dotarliśmy do metra Młociny. Wraz z wejściem na peron podjechało metro, lecz podróż trwała jedynie do kolejnej stacji, gdyż zapomnieliśmy skasować biletów (mieliśmy przesiadkowy na 75min.). Szybka akcja kasowania biletów nie pomogła wejść do tego samego wagonu metra. Spieszyć się nie było gdzie, więc zaczekaliśmy na kolejną kolejkę. Już bez niespodzianek dojechaliśmy do Centrum, gdzie przeszliśmy nieopodal na przystanek autobusowy. Stąd wybieramy bus numer 175. Kilka minut i jedziemy dalej. Nasza wyprawa po raz pierwszy różni się od poprzednich podróży. Tym razem zrezygnowaliśmy z auta na rzecz wielorakich środków transportu. Najważniejszy przed nami to samolot. Autobusem 175 po ok. 40min dojechaliśmy na lotnisko Okęcie im. Fryderyka Chopina. To miejsce było już nam znane, więc czuliśmy się pewnie w procesach i informacjach panujących na lotniskach. Tylko teraz nadeszło długie oczekiwanie na wylot do Malagi. Do odprawy mieliśmy ok. 4 godz., spacer po hali był bezcelowy z braku jakichkolwiek punktów zaczepienia, brak sklepików, zaś obecna gastronomia w postaci jednej sieci była mocno zaporowo ustawiona na nasze możliwości finansowe, zwykła kawa ok.18zł. Za to mieliśmy wiele czasu na rozmowę, czy przepakowanie worków transportowych. Zbalansowaliśmy ich wagę i wyszło nam po 17,4kg. Dopuszczalna waga bagażu rejestrowanego to 20kg. Lot do Malagi miał odbyć się liniami norweskimi. Punktualnie dwie godziny przed odlotem o 17:50 uruchomili odprawę. Po odprawie poprosili nas, aby ze względu na niewymiarowy bagaż skierować się w inne miejsce. Tam tylko prześwietlenie i taśma. Bagaż nadany. Widok czekanów na monitorze wzbudził zainteresowanie obsługi, ale bez komplikacji. Teraz skierowaliśmy się w stronę bramki wejściowej na halę odlotów. Tu poszło szybko i w samych skarpetkach przepuścili nas dalej, wszelki bagaż ręczny i elektroniczny musiał wylądować na kuwetach wraz z ubraniem wierzchnim i butami. Trudno, przeszliśmy bez problemów. Teraz mogliśmy już pozwiedzać trochę sklepików. Odszukaliśmy właściwą bramkę, ale między wystawionym na kwicie odprawowym a stanem rzeczywistym nastąpiła rozbieżność numeracji bramek. Ot taka polska poprawność. W między czasie skusiliśmy się na kawę w automacie i małą buteleczkę wody po 6zł. Pragnienie wygrało. 30 min przed odlotem, a właśnie, odlatujemy o 19:50, zaczęli wpuszczać do bramki, ale nie do rękawa, a do autobusu transportowego. Po odczekaniu całej odprawy pasażerów, a tych zebrał się cały pokład autobus pomknął po płycie lotniska pod odpowiedni samolot: Boening 737, Norwegian airlines.
 

Następnie trapem dostaliśmy się na swój pokład. Kołowanie zaczęło się z 10 min. opóźnieniem. Start przebiegł szybko i sprawnie, byliśmy już w powietrzu. Piękny widok. Lot trwał 4 godz. Wysokość osiągnęliśmy powyżej 11000m z prędkością ponad 800km/h. Lot przebiegał wg trasy poniżej:

W Maladze byliśmy o 23:30. Do terminala wyszliśmy przez rękaw, kawałek drogi i odbiór bagaży. Nasze worki podano prawie pierwsze. Ze swoimi Crossami ruszyliśmy spacerkiem do poczekalni, gdzie są biura wypożyczalni aut. Nasze zarezerwowane auto było w firmie „record go". Mimo tak późnej pory biuro wciąż było otwarte i można było już wynająć auto, lecz musielibyśmy dopłacić kolejne 40€. Nasza rezerwacja rozpoczynała się dnia następnego od 7:00. Samo auto niewiele by nam w danej chwili pomogło, więc zdecydowaliśmy przenocować na ławeczkach nieopodal biur. Miejsc wiele, tłoku brak, my sami. Mieliśmy czas przepakować się w plecaki i rozłożyć się dość wygodnie na karimatach położonych na ławkach. Nikt nas nie przeganiał, ani nie zwracał na nas uwagi. Miłe i zaskakujące przytrafiło się nam zdarzenie, zostaliśmy obdarowani przez panią z jednego z biur wynajmu opakowaniem bułeczek śniadaniowych. Grzecznie podziękowałem i z radością schowałem na śniadanie, a było już ok. 1:00 w nocy. Dopisałem krótki raport z dnia i z radością wyciągnąłem nogi na ławeczce. Dodatkowo wsunąłem się w śpiwór. Brat już drzemał. Trochę z duszą na ramieniu zostawiłem nasze rzeczy bez opieki, ale siła snu mnie też zmorzyła. W poczekalni zrobiło się już zupełnie pusto i cicho, wszyscy pokończyli swoją pracę.

18.03.2015 Malaga (Hiszpania) – Refugio Poqueria (2500m n.p.m.)

Drzemka trwała do 6:00. Odpoczynek był zbawienny, bo dzień zapowiadał się wyjątkowo ciężki. Lekka toaleta, ładowanie telefonów i nastał moment otwarcia naszego biura. Miły pan obsłużył nas ze zrozumieniem, wyjaśniając różne sprawy i opłaty, a są one w miarę zrozumiałe. W skład opłat wchodzi koszt najmu auta, ubezpieczenie (3 opcje) i opcjonalnie pełny bak. Cały koszt wyniósł nas za 5 dni 150€ (wynajęcie 24€, ubezpieczenie 42€, pełny bak za 60€ + podatek). Dostaliśmy kluczyki do auta Ford Focus i plan dotarcia do niego. Musieliśmy zjechać na parking poniżej, na poziom -2 i miejsce 11. Najpierw wykonaliśmy przegląd auta i po wykonaniu kilku zdjęć zaczęliśmy się pakować do środka. Stan auta był w porządku, choć różnych niewielkich zadrapań czy wgnieceń nie brakowało. Wyjechaliśmy przed 8:00 i skierowaliśmy się w stronę pobliskiego Decathlonu. Dojazd pod sklep wymagał wykonania rundy honorowej, aby dobrze zlokalizować odpowiedni wjazd, bo pierwsza próba niestety nie powiodła się. W Decathlonie potrzebowaliśmy butli gazowej (mała butla za 4€). Tuż po 9:00 ruszyliśmy z pod sklepu w dalszą drogę. Ze wsparciem GPS ruszyliśmy śmiało hiszpańską autostradą MA-20, która stała się A7. Pierwsze wrażenia przemiłe, mimo kiepskiej deszczowej pogody. Minęliśmy już kilka tuneli: San Jose – 740m, Logos – 460m, Torrox – 1175m i szybko znaleźliśmy się w Nerja, pięknym miasteczku o bogatej architekturze, lecz o nim później. Tutaj zatrzymaliśmy się na drobne zakupy śniadaniowe, sama mała bułeczka byłaby w tym dniu słabym wsparciem. Zrobiliśmy zakupy w hiszpańskiej sieci spożywczej Mercadona za ok. 6€. Niestety po drodze brak było jakichkolwiek restauracyjek, fast foodów czy kawiarenek. Po przekąsce (bułka z parówkami i soczkiem) mogliśmy ruszać dalej (10:30). Mieliśmy na śniadanie wymarzone okienko pogodowe ze słoneczkiem, aż miło, choć chłodem wciąż wiało. Dalej ruszyliśmy A7, a po niecałej godzinie zjechaliśmy na A-346. Następnie na A-348 w kierunku Orgiva (11:25). Minęliśmy Bubion i o 12:04 byliśmy już na parkingu w Capeira (1432m n.p.m.). Przejechaliśmy ok. 150km. Capeira to miasteczko rozpoczęcia naszej wędrówki do schroniska Poqueria (2500m n.p.m.).

To wyjątkowy zakątek Hiszpanii, wszystkie zabudowania są niskie i białe, uliczki wąskie na jeden samochód, ludzi niewiele. Na szlak weszliśmy ok. 12:30. Parking jest położony na skraju miasteczka i tuż przy szlaku. Trasa bez szczególnych wyzwań technicznych, lecz długa, do schroniska dzieliło nas 9km i różnica wysokości ok 1000m. Kropił deszczyk, przywykliśmy już do takich uroków. W miarę upływu czasu deszczyk mieszał się ze śnieżkiem. Mgły, opady i zero widoków. Oznakowanie szlaku z początku wydawało się w porządku, ścieżka szeroka i bez tajemniczych skrzyżowań. Mijaliśmy wiele opuszczonych starych już domostw, czy to mieszkalne czy pasterskie, trudno teraz jednoznacznie określić. W pobliży wciąż działającej elektrowni wodnej znajdowały się opuszczone domy oraz mały kościółek, po którym została murowana skorupa z krzyżem na wieżyczce. Szkoda, że tak skończyło się jego piastowanie. Dalej krętą ścieżką szliśmy wzdłuż potoku wielokrotnie przekraczając jego nurt po interesujących mostkach. Wraz wchodzeniem w głąb doliny oznaczenie szlaku stawało się coraz skromniejsze. Szlak jest znakowany na słupkach w postaci opaski żółto-białej. Napotkane kierunkowskazy do schroniska nie pomagały, a jedynie utrwalały błędny kierunek. Będąc już na otwartej, ośnieżonej przestrzeni przy braku szerokiej widoczności wraz z opadami przeszliśmy ważny punkt szlaku o nazwie Las Tomas, gdzie wskazywany prosty kierunek marszu do schroniska wskazywany na strzałkach tracił sens, gdyż należało skręcić w lewo w miejscu gdzie strzałki zabrakło. Później przy schodzeniu w dół do Capeira, ujrzeliśmy w pełni oznakowanie trasy, które od tego punktu było oddalone i za plecami. Zabrakło kierunkowskazu w miejscu skrętu w lewo. Ta nieuwaga, choć utwierdzona przez obie strzałki, przyczyniła się, że poszliśmy ścieżką prosto. Świeżo usypany śnieg pozwalał jedynie odszukać ślad ścieżki, niż właściwy szlak. Kosztowało nas to dodatkowo 2-3 km marszu. Przy tej ścieżce także stały drogowskazy na schronisko Poqueria potwierdzając o dziwo dobry kierunek marszu. Powolny marsz w dół zaczął nas uświadamiać o niewłaściwie wybranej trasie. Szkoda, że tak późno zainteresowaliśmy się naszym GPS. Szlak był tak oczywisty i prosty, a tu taka wpadka. Dalszy marsz wg GPS do ustawionego wcześniej punku docelowego zaczął nam wskazywać co raz większe odległości. Nasze rozczarowanie zastanym oznaczeniem szlaku i wielogodzinna wędrówka przywiodła nas do głębokiej refleksji, co dalej? Przez ten cały długi marsz ani razu nie spotkaliśmy strzałki przeciwnej, szlak prowadził nas dalej na około do schroniska Poqueria – parodia i złośliwość losu. Stres, zmęczenie i późna pora nie wspierały nas w dobrych decyzjach. Myśli nasze kręciły się jak parowóz. Jedynym wsparciem okazał się GPS, który w rękach mojego brata okazał się naszym wybawieniem – zrezygnowany szedłem już z duszą na ramieniu. Zawróciliśmy, idąc w górę rzeczki w nadziei, że spotkamy charakterystyczne punkty wskazujące kierunek na schronisko. Brat twardo patrzył na GPS czy wskazywany kierunek naszego marszu przybliża nas do schroniska. Ten wybór był trafny, lecz wciąż nie wiedzieliśmy ile czasu stracimy na znalezieniu odpowiedniej trasy. Warunki nie polepszały się, wciąż widoczność była kiepska. Idąc jedynie słuszną ścieżką wzdłuż rzeczki spotkaliśmy inny turystów, którzy potwierdzili, że trasa ta już niedługo będzie odbijać w prawo przy wysokich czerwonych tyczkach. I tak się stało. Teraz rozpoczęła się męczeńska wspinaczka pod górę, plecaki już zdrowo zakorzeniły się w naszych ramionach a nogi jak zapałki niosły nas mozolnie. Zostało według planów ostatnie ok. 350m w górę. W czasie tej drogi przystanki robiliśmy co kilkanaście kroków. Tutaj palec Boży rozsunął chmury i na nasze utrapione dusze posłał promyki słońca. Ostatnie kilka godzin widzieliśmy tylko śnieg, mgłę i swoje nogi a tu takie szczęście. Podejście wyssało nas całkowicie. Widok na ostatniej prostej schroniska, było jak światełko w tunelu. Chciałeś tam dotrzeć, choć już tchu brakowało. Ta prosta wydawała się jak podejście nie do podejścia. Dotarliśmy w końcu do upragnionego schroniska ok. 19:00. Wędrówka trwała 6,5 godz. i była bardzo wyczerpująca.

Schronisko Poqueria okazało się fajnym i przytulnym domkiem, w którym czuło się ducha gór. Spokojnie już przebraliśmy się i zameldowaliśmy się w ciepłej jadalni przy barze. Później rozgościliśmy się w pokoju Alcazaba pod nr 6 i zeszliśmy na swój upragniony posiłek w postaci liofilizatu. Wcześniej skosztowaliśmy szklaneczki grzańca (4€) ku pokrzepieniu ducha i ciała. Odpoczynek był zbawienny. O dniu następnym już nie chciało się myśleć. Ciepły śpiworek ukoił nasze zmęczone ciała. Zasnęliśmy spokojnie o 21:30.

19.03.2015 Refugio Poqueria (2500m n.p.m.) – Mulhacèn (3479m n.p.m.)

Nastał kolejny dzień. Pobudka o 6:00. Już świeci słoneczko, chmur mało, widać błękit nieba, pogoda sprzyja nam. Pozytywnie nastraja. Mała toaleta w lodowatej wodzie, brrrr. Przebraliśmy i przepakowaliśmy się i schodzimy na umówione śniadanko o 7:00. Oprócz nas widzimy parę, którą z dnia poprzedniego spotkaliśmy z wielkim kudłatym psiskiem. Potulny i spokojny piesek. Właściciele przygotowali nam śniadanko wielorodzajowe, od tradycyjnych: chleb, masło, dżem po różnego rodzaje pasty, konfitury, ciasteczka, chrupki i inne łakocie oraz dwa czajniczki z kawą i mlekiem na kocherku do podgrzania. Najedliśmy się i jeszcze starczyło nam kawy z mleczkiem do termosu. Pokrzepieni śniadaniem i wizją pogodnej aury z radością szykowaliśmy się do wyjścia. Na szlaku byliśmy już o 8:00. Początkowo szlak oznakowany jest wysokimi czerwonymi tyczkami zaś później po śladach i według kopczyków.



Trasa prowadzi śniegiem i lodem między wystającymi głazami. Łagodnie i spokojnie podążamy w górę. Widoki są piękne, w oddali widać krańce północnej Afryki, jej ośnieżone szczyty Atlasu.

Mijamy pięknie ośnieżone wierzchołki gór, wymarzony czas i miejsce na zdjęcia. Cudowna aura. W między czasie mijamy wspomnianą parę z pieskiem. Nachylenie zbocza staje się coraz bardziej uciążliwe. Idziemy już w słońcu, okulary są niezbędne w takich warunkach. Zbocze pokonujemy małymi trawersami. Kierujemy się początkowo na drugi wierzchołek Mulhacèna. Niestety musimy iść żwawiej i już na główny wierzchołek, gdyż wiatr i zachmurzenie zdaje się przepowiada rychłą zmianę pogody. Widoczność zaczęła się zmniejszać. Na szczyt zostawało już niewiele, może ok. 100m, a my walczymy z silnym wiatrem i pełnym zachmurzeniem. Cel zobaczyliśmy dopiero, jak stanęliśmy przed nim. Weszliśmy na szczyt o 11:30, najwyższy szczyt Hiszpanii (3479m n.p.m.).

Szczęśliwi, lecz rozczarowani pogodą. Staliśmy przy obelisku i kapliczce w białej oblodzonej pierzynie. Nasza flaga tańczyła w rytm wiatru. Taniec z Wiatrem. W pośpiechu utrwaliliśmy ten moment, bo trwało to niestety moment, jak zdecydowaliśmy się na odwrót. Warunki stawały się coraz mniej przewidywalne. Znaliśmy podejście, które było bez niespodzianek, więc spokojnym krokiem schodziliśmy w dół. Trzymaliśmy się blisko siebie, aby nie stracić siebie z oczu, nasze poprzednie ślady zostały zakryte. Był moment, gdzie musieliśmy uruchomić GPS, aby upewnić się, jak daleko mamy do szlaku. Przy schodzeniu spotkaliśmy jeszcze naszego sąsiada od pieska, który z trudem i z uporem też chciał dotrzeć na szczyt, już samotnie. Trudno było go pokierować, kiedy widać zaledwie na kilka metrów. Teren nie był trudny, choć diabeł śpi w szczegółach. Dalsza droga była bez niespodzianek. Opuściwszy zbocze mieliśmy już widoczny szlak i wielką zadymę za plecami. Teraz pozostało jedynie spacerkiem dojść do schroniska. Po drodze skosztowaliśmy górskiej wody ze strumyczka, która podniosła nasz poziom energii. Pragnienie dawało już znać. W schronisku byliśmy o 14:00. Dziś wędrówka znów zajęła nam 6 godz. Po przebraniu się zeszliśmy na małe piwko (4€) i ciepłą smaczną zupkę (4€). Byliśmy wciąż spragnieni i nieco głodni. Pokrzepieni ogrzaliśmy się przy kominku, zaostrzyliśmy ołówki i spisaliśmy nasze dzisiejsze wyczyny i wyzwania. Ta Góra pozostanie w nas na długo, do łatwych nie należała, element atmosferyczny znacznie podwyższył jej wskaźnik trudności. Zdecydowaliśmy się na rozegranie braterskiej walki na szachownicy, w której ku mojemu zaskoczeniu zostałem rozbity. Szachy w braterskich szrankach są mą radością. Tak zeszło nam do 16:00, nabraliśmy chęci na jeszcze jedno małe i dostaliśmy gratis koszyk popcornu. Po przekąsce poszliśmy wyciągnąć się na łóżkach. Schronisko dysponuje poduszkami i kołdrami, dodatkowo jest dawana skromna pościel i oczywiście na wyposażeniu klapki do wyboru i koloru, a jeszcze każdy turysta z noclegiem otrzymuje kluczyk do swojego schowka. Na kolację zrobiliśmy sobie nasze dania liofilizowane. Najedliśmy się do syta. Gości w schronisku powoli przybywało. Śniadanko zapowiadało się w turystycznym gwarze. Po 20:00 smacznie już spaliśmy.

20.03.2015 Refugio Poqueria (2500m n.p.m.) – Nerja

Pobudka była ok 6:00. Noc kiepska, niedospana, czy to z wyczerpania, przemęczenia? Zeszliśmy na śniadanko ok. 7:00. Na stole zestaw menu jak dnia poprzedniego, choć dzisiaj już ruch panował większy, pan rozlewał kawę, herbatę. Smacznie zjedliśmy hiszpańskie smakołyki, jak dżemy, pasty, słodkości w postaci ciasteczek. Wcześniej przygotowaliśmy nasze plecaki, tak więc po zjedzeniu szybko zebraliśmy się do wyjścia. Po 7:30 już podążaliśmy w dół. Pogoda całkiem rozsypała się, mgły, zamiecie śnieżne, wędrówka w górę niezalecana. W drodze powrotnej zbadaliśmy nasz punkt zapalny, który spowodował naszą pomyłkę. Przeszliśmy zakręt kierując się dalej w dół według wyznaczających trasę tyczek. Tyczki prowadziły do zagrody Las Tomas przy której stała kukła, ścieżce po której szliśmy. Zobaczenie tyczek dwa dni temu chyba graniczyło z cudem lub niebywałym szczęściem, gdyż należałoby szukać ich za plecami i to w znacznej odległości od głównej ścieżki. Na początku wstawionych tyczek także widniał odpowiedni drogowskaz do schroniska, typowy jak wcześniejsze. Przy lepszej pogodzie, może byłoby lepiej znaleźć szlak, lecz położenie i brak na zakręcie odpowiedniej strzałki, także nie daje gwarancji. Bardzo szczególny punkt zwrotny całego szlaku. Pomyłka, nasze niedopatrzenie spowodował znaczny wzrost adrenaliny, stres i wylew złości. Za zagrodą weszliśmy już na znany nam wcześniej żółty szlak, aż do samego parkingu w Capileira. Droga w dół tak samo długa, aura wciąż nam dawała raz śnieg raz deszczyk, słoneczko swojego promyka nam nie pokazało, przykro. Momenty wytchnienia były skromne, jedynie można było zdjąć kaptur. Wiaterek owiewał zmęczone czoło wędrowca. Szło się dość dobrze, minęliśmy elektrownię i wciąż szliśmy i szliśmy. Powoli mieliśmy dość tej drogi. Znów na moment zjechaliśmy z właściwego toru, jednak tym razem szybko zorientowaliśmy się o złej decyzji. Z powodu braku pitnej wody mieliśmy kiepskie nastroje, myślałem jedynie o soczku pomarańczowym, który czekał na nas w aucie. Dotarliśmy do auta ok. 10:30. To była niezwykła wędrówka na szczyt, pełna efektów specjalnych. Byliśmy szczęśliwi i spełnieni. Po powrocie do cywilizacji poziom emocji wciąż pozostawał wysoki. Szybko zjechaliśmy na autostradę A44 (12:00) w kierunku Motril. Pół godziny później spotkała nas wielka ulewa, woda lała się ulicami jak potoki. Znaleźliśmy camping w Motril, lecz po wjechaniu na miejsce przy opadach deszczu, nasza decyzja była jednoznaczna - odjazd na drugi camping w Nerja. Ta decyzja okazała się zbawienna. Pojechaliśmy drogą nadbrzeżną przez Salobrene (12:40) przez N-340. Następnie minęliśmy Almunecar (13:00). Zajechaliśmy tutaj do McDonalda na małą kawę z kanapką, jako namiastka obiadu. Przy okazji dokonaliśmy małe zakupy w sklepie Lidl. Stąd wyjechaliśmy ok. 14:00. Przejechaliśmy tunele: Punta (240m), Cerro Gordo (650m). Do Nerja dzieliło nas tylko 20km. Na campingu byliśmy już o 14:20. Spokojne miejsce, z drzewkami, lecz brak trawki. Wszystkie miejsca były jak klepisko. Po niedawnych opadach nie było widać większych śladów. Po lekkim oczyszczeniu terenu z nierówności rozbiliśmy namiot. Opłaciliśmy swój pobyt za dwie doby w nadziei, że pogoda utrzyma się bez opadów. Niestety, bardzo się tym później rozczarowaliśmy. Warunki na campingu bardzo przyzwoite, łazienki wygodne, prysznice eleganckie. Miejsce kuchenne zadaszone. Dostęp do WiFi i zasilania. Cena ok. 20€/dobę za nasz cały dobytek (auto, namiot i 2 osoby). W końcu przyszła wymarzona kąpiel pod prysznicem, ciepła woda i mydełko. Super. Po górskich wędrówkach była to chwila zupełnego relaksu. Jeszcze mieliśmy czas na odwiedzenie pobliskiego miasteczka Nerja ze znanym tutaj Balkonem Europy. Spacer okazał się owocny i ciekawy. Skosztowaliśmy w jednej z kafejek gorącej czekolady z cherros'ami. Miasteczko okazało się bardzo zadbaną atrakcją turystyczną nawet mimo kiepskiej aury. Po powrocie ok. 18:00 na camping zjedliśmy kolację popijając hiszpańskim piwem. Powoli szykowaliśmy się do śpiworków, gdyż zmęczenie i pogoda nie pozwalała na dłuższe siedzenie pod chmurką. Po 20:00 spakowaliśmy się do śpiworów. Odgłosy deszczu skłaniały nas coraz bardziej do zmiany naszych planów noclegowych. Przygotowanie do odlotu wymaga przepakowania wszystkiego do worków, a przy deszczu stanie się to utrapieniem. Zaczęliśmy szukać miejsca w jakimś hostelu w Nerja. Plan urzeczywistniał się a noc wciąż deszczowa.

21.03.2015 Nerja

Noc przespaliśmy spokojnie do 8:00 rano. Wciąż słychać krople deszczu. Po wyjściu z namiotu okazało się, że jesteśmy atakowani i z drzew i z nieba spadającą wodą. Namiot mokry i brudny od ziemi dookoła, masakra. To postawiło kropkę nad i, aby znaleźć spokojny nocleg na noc przed odlotem. Jak postanowiliśmy tak zaczęliśmy działać. Śniadanko zjedliśmy pod daszkiem przy kuchennych zmywakach, szukając jeszcze wolnych miejsc w hostelach w Nerja i ich lokalizacji. Ciepła herbatka ze smacznymi bułeczkami z serem wraz z oliwkami wzmacniały nas fizycznie i duchowo. W aucie siedzieliśmy o 9:00 i ruszyliśmy prosto do Nerji. Zaparkowaliśmy w centrum na strzeżonym parkingu i poszliśmy na poszukiwania hostelu. Odwiedziliśmy trzy hostele i w każdym cena za jedną noc w dwuosobowym pokoiku kosztowała 40€. Decyzja trudna, ale zajrzeliśmy do wcześniej upatrzonego w Internecie hostelu Ann. Tu spotkaliśmy miłego, starszego Hiszpana, który na nasz widok uśmiechnął się i przystąpiliśmy do rozmowy. Okazało się, że angielski mu nie wychodzi, ale wspólnymi siłami rąk i języków udało się ustalić wszystko. Zaoferował nam cenę 30€, za którą dostaliśmy fajny pokoik. Darmowy parking musieliśmy poszukać nieco dalej, bo tutaj obok nie było żadnego. Szybka decyzja i mieliśmy spokojny, suchy, czysty pokoik z miękkimi łóżeczkami i super łazienką. Teraz zostało zrezygnować z campingu i odebrać zapłatę za jedną dobę. Zwrot dawał nam 20€ i był bardzo oczekiwany. Po rozmowie z miłą właścicielką campingu mieliśmy pieniążki w kieszeni, nie stanowiło to żadnego problemu. Zapewne rozumiała naszą sytuację. Po anulowaniu naszego pobytu na campingu zaczęliśmy szybkie składanie namiotu a rzeczy lądowały w aucie. Szczęśliwie trafiliśmy na okno pogodowe. Poszło sprawnie i o 11:00 wyjeżdżaliśmy. W Nerja odnaleźliśmy wskazany przez naszego Hiszpana bezpłatny parking i ruszyliśmy z dobrodziejstwem do hostelu. Z radością przekroczyliśmy próg pokoju, spokojni o nasz byt. Pokoik skromny i przytulny zarazem. Wyposażony w TV, lodówkę i WiFi gratis. Lokalizacja prawie przy centrum. Super oferta. Po odpoczynku wyruszyliśmy na prawdziwy podbój miasteczka, przestało kapać, chwilami pokazywało się słoneczko, aż miło. Miasteczko Nerja prezentuje się bardzo ciekawie, czuć tu hiszpańską nutę. Oczywiście domy w przeważającej części są białe, uliczki wąskie, często przecinające się. Elewacje budynków zadbane. Domki gęsto poupychane, wąskie i długie. Ich dachy skrzętnie wykorzystywane na tarasy, zieleńce czy powierzchnie gospodarcze. Ruch o tej porze roku względnie mały, choć turystów nie brakowało. Miło było pospacerować hiszpańskimi uliczkami. Mieliśmy czas na zwiedzanie i zakupy małych prezentów dla bliskich i trochę smakołyków rodzimej produkcji. Odwiedziliśmy kafejkę, aby ukoić duszę smaczną kawą z ciastkiem. W porze obiadowej, tutaj między 14:00 a 16:00 jest przerwa, wróciliśmy do pokoju na sjestę. Zaczęliśmy spokojne pakowanie plecaków, karimat i śpiworów do worków. Wkładanie tych rzeczy wymaga jednak spokojnych i suchych warunków. Układanie wszystkich rzeczy wymaga dokładności, aby nic nie uległo zniszczeniu, czy rozerwaniu w czasie podróży samolotem. Worki lecą bagażem rejestrowanym. Po złożeniu zeszliśmy jeszcze raz na miasto, aby coś przekąsić. Wybraliśmy pizzerię z plastrami prawdziwej szynki z oliwkami przy złotym piwku. Wróciliśmy do pokoju ok. 18:00. Wyprawę podsumowaliśmy przy hiszpańskim winie ze słodkimi mandarynkami. Pyszne. Z przyjemnością położyliśmy się spać.

22.03.2015 Malaga (Hiszpania) – Warszawa (Polska) – Sopot/Olsztyn

Pobudka o 7:00. Noc spokojna, miła i wyspana. Super. Ostatni nocleg w Hiszpanii. Oczywiście pada deszcz.
Opuściliśmy swoją spokojną i suchą przystań ok 8:00. Z workami dość szybko doszliśmy do auta, zaparkowane było ok 0,5km od hostelu. Zapakowaliśmy je i wróciliśmy się jeszcze na małą kawę z ciastkiem do mijanej piekarni z kawiarnią. Skromne dwa stoliczki, ale kawa pyszna i ciacho wyśmienite, wszystko za jedyne 4,80€. Z Nerja wyjechaliśmy o 8:40 i prosto do Malagi. Dzieliło nas ok 50km. Malagę powitaliśmy o 9:30. Mając trochę czasu postanowiliśmy zobaczyć jeszcze trochę centrum miasta, tu niestety rozpoczynały się jakieś uroczystości, muzyka, biegi uliczne, ruch utrudniony i do centrum pozostało jedynie dojść pieszo. Poznaliśmy przy okazji kilka uliczek, odrobina czasu na zdjęcia i niestety należało wracać. Ok. 10:40 wyjeżdżaliśmy z centrum do lotniska. Bez trudu trafiliśmy na parking „record go" i zaparkowaliśmy na miejscu o numerze 11 (startowaliśmy z 10). Wypakowaliśmy się, przejrzeliśmy wszystkie zakamarki i zarejestrowaliśmy stan liczników. Auto mieliśmy zwrócić do godz. 11:00. Wszystko przebiegło gładko, kluczki oddane bez słowa. Przejechaliśmy autem 366km. Worki posadziliśmy na specjalny wózek i do przodu, po krętych korytarzach, windami, pasażami do hali odlotów. Podjęliśmy oczywiście próbę ważenia i tu wynik prawie zadawalający, mój 18,5kg, a brata 20,0kg. Po przepakowaniu uzyskaliśmy wagę po 19,5kg, wymarzony rozkład. Teraz mogliśmy spokojnie poczekać do odprawy. Dla miłej atmosfery zaprosiliśmy się na filiżankę kawy za 1,80€. Jeszcze raz omówiliśmy naszą wyprawę i podliczyliśmy koszty. Odprawa zaczęła się o 13:00. Inna waga wskazała już po 20kg. Nieco się zmieszałem, gdy przy moim worku waga wskoczyła na 20,5kg. Na całe szczęście ta mała nadwaga nie została szczególnie podkreślona i zauważona. Kiedy worki pojechały swoim torem, my poszliśmy na tor bramkowy. Znów puścili nas w samych skarpetach. Tradycyjnie weszliśmy do obecnej galerii handlowej na ostatnie zakupy w Hiszpanii. Pięknie te wszystkie artykuły wyglądają, ceny też. Zrobiliśmy drobne zakupy i skierowaliśmy się do naszego Gate. Na kwicie mieliśmy bramkę 28B, zaś informacje kierowały nas na 30B, która była już chyba ostatnią na tym lotnisku. Zmiany na lotnisku są chyba na porządku dziennym. Dotarcie do niej zajęło kilka minut. Na miejscu można było poczuć się już jak w kraju - sami „krewniacy". Nasze miejsca znalazły się w ostatnim rzędzie samolotu 31E/F. Rejs rozpoczął się punktualnie o 15:10. Samolot to Boeing 737. Szybkie kołowanie i startujemy. Lecieliśmy na wysokości 10tys. m z prędkością ok. 880km/h. Krzyś skusił się na pokładzie na kanapkę, bo głód nam tego dnia doskwierał. Lot mieliśmy spokojny.

W czasie lotu mogliśmy podziwiać ośnieżone szczyty Sierra Nevada, Alp i Tatr. Piękne wspomnienia. Warszawa nocą też zachwyca, wielością światełek. Lądowanie spokojne. Wysiadamy do autobusu. Miła stewardesa odniosła bratu zapomnianą książkę, kiedy już upakowaliśmy się w autobusie. Mała krzątanina i jest. Wszystko biegło wg planu. Mieliśmy upatrzone połączenie do Warszawy Centralnej autobusem 175, więc nieco gorączkowaliśmy się o każdą minutę. Szczególnie przy taśmie odbioru bagażu, gdzie dość długo nie wychodziły nasze worki. Potem okazało się, że wyjechały inną taśmą jako niemiarowy bagaż. Jednak szczęśliwie zdążyliśmy na przystanek i jeszcze został czas na kupno biletów. Autobusem 175 szybko dotarliśmy do Centrum a ja na kolejny autobus expresowy do Olsztyna Radex o 20:30. Do odjazdu zostawało tylko 10min. Krzyś miał pociąg nieco później o 20:39. Szczęśliwie obaj wracaliśmy do domków. Do domu dotarłem ok północy, brat podobnie. Wyprawa udana z domieszką emocji i niespodzianek. Obaj jesteśmy z niej zadowoleni. Hej.

Strona zbudowana z Kopage
← Zbuduj swoją teraz
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem
Powered by Kopage