Grossglockner - 3798m npm

 

Najwyższy szczyt Austrii położony w Wysokich Taurach w paśmie Centralnych Alpach Wschodnich. Przyjechaliśmy do austriackiego miasteczka Kals położonego 1325m npm. Wystartowaliśmy z Lucknerhaus 1920m npm o godz. 7:00. Atak na szczyt nastąpił 13. lipca 2011 roku około godz. 10:20. Udało się po nieszczęśliwej próbie wejścia 20 lipca 2010 roku.


11 lipca 2011 16:30

Po zdobyciu najwyższego szczytu Niemiec wyruszyliśmy 11 lipca do Austrii w kierunku Kals, gdzie mieliśmy podjąć się wejścia na najwyższy szczyt tego kraju – Grossglockner. Ten dzień potraktowaliśmy bardzo ulgowo na relaks w miejscowościach, które mijaliśmy. Grzesiek, czyli Ja, wielki fan skoków narciarskich, chciałem koniecznie odwiedzić skocznie, gdzie rozgrywane są zawody z cyklu Czterech Skoczni. W kolekcji miałem już skocznię w Ga-Pa jak i w Insbrucku – w każdym zakątku raczyliśmy się smaczną kawą. Szczególnym obiektem było muzeum Tyrolu z pieknym widokiem na miasto Insbruck, leżące jakby wciśnięte między wysokie góry ponad 2000m. Po zwiedzeniu tych obiektów narciarskich ruszyliśmy w dalszą podróż. Zaczęliśmy rozmawiać na temat najbliższej nocy, gdzie i jak ją spędzić. Wg mapy wynikało, że w Kals-Burg powinien być camping. Okazało się już na miejscu na tablicy informacyjnej w Kals (1325m, 16:30), że jest i to schowany w dolinie otoczony lasem. Nie wiedząc co zastaniemy postanowiliśmy tam przenocować. To zawsze lepiej niż pod chmurką. Na miejscu okazało się, że jest to najlepszy z trzech campingów, z których korzyliśmy na naszej wyprawie - Nationalpark Camping Kals am Grossglockner (17:50). Sanitariaty - pierwsza klasa, przestrzeń, świeżość i czystość. Pole namiotowe – to równo ścięta trawa, mięciutka jak posłanie z gęsiego puchu. Zapłaciliśmy też niewiele: 26,50 Euro za namiot, dwie osoby z taksą kuracyjną + auto.

12 lipca 2011 10:00 - Baza przejściowa na szczyt - aklimatyzacja

Nadszedł dzień 12 lipca, w którym planach było podejście do schroniska Stüdlhütte (2802m), skąd następnego dnia mieliśmy zamiar wejść na cel naszego przyjazdu do Austrii – Grossglockner (3798m).

Po wczesnej pobudce wyjechaliśmy z campingu w kierunku Lucknerhaus (1918m, 7:00). Pnąca się w górę droga dojazdowa jest płatna w wysokości 9 Euro, jednak my jako wcześni turyści nie ponieśliśmy tych kosztów ponieważ na bramce płatniczej nie było żadnego przedstawiciela służb pobierających opłaty. Stąd rozpościera się uroczy widok na nasz wymarzony szczyt. Lucknerhaus można traktować jak klasowy pensjonat/hotel z wydzielonymi salami wieloosobowymi dla zwykłch turystów na parterze (mieliśmy przyjemność gościć w nich w 2010 roku, przy pierwszej próbie osiągnięcia szczytu :-( ). Pierwsze piętro jadalnia i powyżej pokoje gościnne. Po zaparkowaniu auta na obszernym parkingu ruszyliśmy w górę.

Mieliśmy do pokonania 900 m różnicy wysokości. Niewielki dystans – chcieliśmy po prostu zachować świeżość na jutrzejszy kulminacyjny dzień. Do wysokości 2241 m npm prowadzi szutrowa droga a na jej końcu znajduje się schronisko Lucknerhütte. Tutaj robimy małą przerwę zrzucając ciężkie plecaki i oddając się podziwianiu okolicznych szczytów. Później wchodzimy na teren Parku Narodowego Wysokich Taurów – HoheTauern. Od tej chwili idziemy w górę krętą ścieżką pokonując kolejne metry wysokości. Idziemy spokojnie krok po kroku mając na uwadze spory zapas czasu. Widoczność jest rewelacyjna. Na niebie widać niewielkie białe obłoki. Plecaki w naszym odczuciu przestają być takim ciężarem jak na dole przy parkingu. Aklimatyzacja na Zugspitze działa. Około godziny 10.00 dochodzimy do schroniska Stüdlhütte na wysokość 2802 m npm. Do schroniska dochodzi specjalna kolejka towarowa, wieść gminna niesie, że za opłatą jest szansa wwieźć nią swój bagaż na górę.

Przyszła kolej na zrównoważenie kalorii w naszych organizmach. Wzięliśmy się za przygotowanie spaghetti – 10 minut i potrawa gotowa. W sumie wyglądamy albo na turystów z biednego bloku wschodniego, bądź jak górscy wyspecjalizowani wspinacze. I tak, i tak zupa nam smakowała. Nasze samopoczucie polepszało, że byliśmy wśród gór, powyżej 3000 m.

Postanowiliśmy spędzić dalszy dzień zaliczając wysokość 3000 m. Padło na Schere 37 m powyżej 3000. Było to też przetarcie szlaku na jutrzejsze wejście na Grossglockner (trasa ta prowadzi także do Grossglocknera, ale przez Studlgrat) - braliśmy ją także pod uwagę. Należy wspomnieć, że ta trasa jest o podwyższonym stopniu trudności niż tradycyjna (mapa - trasa 3). Pogoda nadal sprzyjała, więc zajęliśmy się sesją zdjęciową na lodowcu Teischnitzkees.

Wybór trasy mógły stać się scenariuszem do filmu alpinistycznego z Woody Alenem. Nasze rozmowy i rozważania za i przeciw, jutrzejsza prognoza i nasze możliwości i doświadczenie z poprzedniego sezonu, ewentualne powroty (czytaj: ucieczki) i w końcu losowanie monetą mogły być dobrą weną dla filmowca. Wybór padł na trasę trradycyjną - jak się nazajutrz okazało, bardzo trafną decyzją. Okazało się że traciliśmy sympatyczną pogodę, że był to ostatni dzień na wejście z powodu późniejszego załamania pogody.

Przyszła pora zakwaterowania w schronisku. W schronisku zaprzyjaźniłem się z panem Stüdlem, budowniczym i inwestorem tego schroniska obejmując jego popiersie znajdujące się w jadalni. Otrzymaliśmy od miłej pani lager 5 z łóżkami nr 4 i 5. Jutro wczesna pobudka o 4.30 – śniadanie o 5.00 i dalej wymarsz na szczyt. Pokoje, które mieściły po około 18-20 łóżek były prawie całkowicie obłożone. W głównej mierze przez rodaków.

13 lipca 2011 10:20 Wyprawa na szczyt

Nastał 13 lipca. Pobudka, śniadanie i wyjście ze schroniska o 5.20 (2802m). Pogoda idealna jak na nasz gust oczywiście. Świeże i przyjemne alpejskie powietrze oraz dobre nastroje powodują werwę w naszych krokach. Dochodzimy wnet do lodowca (6:00) – tutaj wiążemy się liną i idziemy dalej w kierunku ErzherzogJohanHütte umiejscowionego na wysokości 3451 m npm.

W pierwszym rzędzie myśleliśmy o wejściu granią południową lecz droga normalna wygrała, mógłbym powiedzieć, że wygrał rozum nad sercem. Przejście przez lodowiec nie nastręczał większych trudności, po przeżyciach z roku ubiegłego gdzie szliśmy w pełnym południowym słońcu – jest o 180 stopni lepiej. Idziemy stopa za stopą spokojnym, miarowym rytmem. Dochodzimy w końcu do ściany w której umieszczone są na stałe pomoce w postaci prętów z liną stalową. Taki krótki odcinek ferraty pokonujemy bez większego zmęczenia i trawersem dochodzimy do drugiej części ferraty prowadzącej do schroniska EJH. Pogoda niestety stopniowo się pogarsza, na przemian okno z niebieskim czystym niebem a niebem z dużymi pierzastymi chmurami. Dodatek to silnie zaczynający wiejący wiatr. Na szczęście nie czujemy zimna. W schronisku zamawiamy herbatę z cytryną raczej z płynem cytrynowym za jedyne ... 3 Euro (ok. 9:00). Rozgrzewamy organizmy. Proponuję abyśmy zostawili plecaki tutaj i poszli tylko z tym co jest niezbędne. Jest specjalne miejsce na przechowywanie sprzętu, gdyż nie pozwalają go wnosić do jadalni, ani do sypialni.

Zakładamy raki, bierzemy czekany, Ja zarzucam swój boski aparat fotograficzny (Pentax K100Ds + teleobiektyw) i kierujemy się w górę. Przed nami podejście do grani po lodowcu o nachyleniu 35-40 stopni. Im wyżej, bezpieczniej stawiamy nogi, śnieg jest konsystencji podobnej do naszych roztopów – osuwający się i miękki. Zaczynają również schodzić ludzie, którzy z samego ranka wyszli z EJH i robią się miejscami zatory. Trzeba podjąć decyzję, czy czekamy jak zejdą / jest jedna wydeptana ścieżka/ czy idziemy własna drogą. Wybieramy tą drugą opcję – jest bezpieczniejsza, ludzie na szlaku się osuwają i istnieje prawdopodobieństwo podcięcia. Wnet dochodzimy do pierwszych ringów. Tutaj można już założyć stanowisko i asekurować. Krzyś założył stanowisko jak należy, i droga w górę gotowa. Poruszamy się od tej chwili od ubezpieczenia do ubezpieczenia , brat z przodu, Ja jako drugi. Idzie nam sprawnie mimo, już wielu trudów. Nadal mocno wieje. Wchodzimy na małego dzwonnika i droga prowadzi teraz w dół ku rynnie. To miejsce posiada szerokość stopy. Lina asekurująca powiewana przez wiatr unosi się magicznie nad przepaścią. Wokół mgła, szczęście w nieszczęściu, gdyż lepiej tego nie widzieć, zaś widok musi być przepiękny. Na oglądanie przyszła jeszcze pora. Zostało tylko kilkanaście metrów o trudności II na ujrzenie krzyża posadowionego na szczycie. Szczęśliwie docieramy do samego Krzyża, stajemy na najwyższym szczycie Austrii – Grossglockner 3798m npm – jest godzina 10.20. Strzelamy kilka fotek – niestety brak przepięknych widoków na odległe pasma górskie. Widoki w kratkę, ale i tak cudownie. Z przejęcia i do pozowania przypinamy się do Krzyża. Na Krzyżu widać różne podoczepiane artefakty i pamiątki zwiezione z różnych części świata, np. krzyżyki, wstążki z medalikami, nawet smoczki dziecięce ... też mam dwóch synków. Utkwiło mi to mocno w pamięci. Szkoda, że czas nieubłagalnie krzyczał na nas, że już trzeba uciekać. Robiło się mało zabawnie. Żegnaj Wielki Dzwonniku – dziękujemy! Najwyższa góra Austrii „zdobyta" - nie, jeszcze droga powrotna!

Dochodzi do nas kilka osób. Niestety trzeba schodzić, pogoda jest coraz gorsza. Trzeba wytężyć siły i jeszcze mocniej popracować aby szczęśliwie dojść do schroniska. Ruch niestety nie maleje, a droga wymagająca. Sprawnie przepinamy się między słupkami (bo na nich tylko można zrobić punkty asekuracyjne). Ciasno i liny kręcą się między nogami. Jeszcze wielu wchodzi na szczyt. Na Kleinglocknerze spotykamy parę Polaków – jak się później okazało musieli zawrócić ze względów zdrowotnych jednej osoby. Miło było usłyszeć w takim miejscu język polski. Bez problemów znajdujemy miejsce zejściowe do żlebu prowadzącego do lodowca. Tu już zdążyła się zrobić ślizgawica, więc dalej schodzi jeden z nas drugi w przy asekuracji. Idziemy tą samą drogą co w górę. Dochodzimy do schroniska Erzherzog i ponownie już szczęśliwi wypijamy ciepła herbatę (12:20). Zostało nam teraz tylko zejście na dół do naszego punktu wyjściowego. Pierwszy fragment ferraty idzie nam bardzo sprawnie. Z drugiego fragmentu niestety nieźle spływa woda znacznie mocniej niż w fazie wejściowej – niezły wodospad nam powstał – prosto za kołnierz i to nie ciepły prysznic.

Jesteśmy ponownie na lodowcu Kӧdnitzkees i szybko nawet bardzo szybko schodzimy krok za krokiem. Czujemy się świetnie. Góra pozwoliła nam być razem na szczycie w ostanim momencie przed załamaniem pogody. Tutaj nocujemy (w nocy wichura z ulewą) i jutro rano schodzimy na parking przy Lucknerhaus już czym niżej tym ładniej. Przepiękny widok na nasz trzytysięcznik żegna nas.

Strona zbudowana z Kopage
← Zbuduj swoją teraz
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem
Powered by Kopage